Android: aplikacje dla zielonego robota, przegląd #1/2018

Jacek WolanAutor:
Aplikacje narzędziowe niemal w całości wypełniły kolejne zestawienie androidowych aplikacji. Rozpoczyna je Microsoft ze swoim launcherem,  który jest dowodem na coraz większą integrację jego usług z „zielonym ekosystemem”. W zestawieniu znajdziecie również narzędzie, dzięki któremu funkcje pecetowej myszki i klawiatury może przejąć smartfon. On też pomoże w podejmowaniu trudnych decyzji albo posłuży do wspólnego oglądania wideo ze znajomymi. A na koniec czeka nas trochę rozrywki.

Microsoft Launcher

O tym, że Microsoft ma swój własny launcher dla Androida, wiemy nie od dziś. Do tej pory jednak mogliśmy go rozpoznać w Google Play pod nazwą „Arrow Launcher”, czyli pod pierwotnym tytułem aplikacji przejętej przez Microsoft.  Teraz przyszła pora na większą integrację z usługami Microsoftu i na nowe funkcje.


Co nowego wprowadził Microsoft w swojej aplikacji? Do tej pory użytkownik miał do dyspozycji pulpit podzielony na tematyczne grupy, gdzie każda była wyświetlana na osobnym panelu. Teraz to wszystko zostało zebrane w kanale informacyjnym, a więc skróty do najczęściej wybieranych numerów, ostatnich działań, notatek czy kalendarza pojawią się w formie przewijanych pionowo widżetów na lewo od ekranu głównego. Resztę paneli ekranu startowego można dowolnie komponować, wrzucając na nie skróty, foldery i widżety, w dobrze znany wszystkim sposób (po przytrzymaniu palca na ekranie).

Nowością jest możliwość kontynuowania na komputerze pracy rozpoczętej na telefonie. Producent zapewnia, że użytkownik będzie mógł płynnie zmienić narzędzie do edycji dokumentów, a pstryknięte zdjęcie w mig zobaczymy na komputerze. Aż miło patrzeć, jak Microsoft integruje się z Androidem…

Crimson Music Player

Crimson Music Player jest bezpłatnym odtwarzaczem muzyki, który funkcjonalnie i graficznie może śmiało stawać w szranki z płatną konkurencją. Program automatycznie rozpoznaje wszystkie zapisane w pamięci pliki muzyczne, umożliwiając błyskawiczne odtworzenie ich bezpośrednio z głównego ekranu aplikacji. Na nim znajdziemy bowiem dwuczęściową listę.

W pierwszej części zobaczymy tytuły utworów, a w drugiej – wykonawców. Tę drugą kartę można zresztą w pełni konfigurować, by prezentowała np. listę gatunków, albumów, playlist i folderów. Możemy wyłączyć zbędne foldery z powiadomieniami czy nagranymi rozmowami, bo raczej nie chcielibyśmy nagle usłyszeć dźwięku SMS-u czy wybierania numeru podczas odtwarzania ulubionej listy empetrójek.

Ekran odtwarzania nie różni się zbytnio od tego, co już znamy, choć pewnym elementem wyróżniającym jest obracająca się płyta winylowa, choć istnieje też opcja wyłączenia animacji. Jest także korektor czy raczej zestaw gotowych konfiguracji, dzięki którym można poprawić swoje wrażenia dźwiękowe, a nawet przypisać konkretne ustawienia do danego utworu.

Są również dostępne boczne ekrany wysuwane gestami – z lewej znajdziemy minutnik, ustawienia czy korektor, natomiast z prawej – automatycznie wygenerowaną listę utworów, w zależności od sytuacji (np. trening, prysznic, podróż, czy zagadkowe „na haju”) albo od nastroju (romantycznego, depresyjnego lub radosnego).

LightX

LightX to edytor grafiki, który nie jest najbardziej zaawansowanym narzędziem tego typu. Nie zaliczyłbym go też do czołówki najbardziej intuicyjnych i wygodnych edytorów. A efekty i filtry? Konkurencja ma więcej, lepiej i wygodniej. Postarajmy się więc odnaleźć przyczynę szybko rosnącej popularności tego tytułu.


Po uruchomieniu aplikacji możemy wskazać jedno ze zdjęć zapisanych w pamięci urządzenia lub pstryknąć nowe. Następnie trafiamy do trybu edycji, a boczne menu odkryje przed nami szereg dostępnych funkcji podzielonych na grupy. W tych błyskawicznych możemy nałożyć filtr, efekty artystyczne i selfie. W pierwszym trybie możemy nałożyć efekty w stylu Instagramu. Drugi jest – zgodnie z nazwą – artystyczny, ale nie wiem, czy wirtualny węgiel przypadnie komuś do gustu. I na koniec selfie, gdzie możemy wyostrzyć lub wygładzić obraz, poprawić zęby, a nawet włosy.

Poza grupą błyskawicznych efektów znajdziemy również narzędzia służące do edycji fotografii, np. wycinanie, rozciąganie, a nawet obszarowe pomniejszanie lub powiększanie. Nie zabrakło opcji profesjonalnych, dzięki którym możemy dostosować histogram czy balans kolorów.

Całość sprawia więc wrażenie całkiem przemyślanego rozwiązania dla mobilnych grafików amatorów. Program szybko zyskuje na popularności, ale w mojej ocenie nie stanowi godnej konkurencji dla (również bezpłatnego) Snapseed.

WifiMouse

WifiMouse pozwala na przekształcenie ekranu smartfonu lub tabletu w interfejs do sterowania komputerem. Interfejs, bo nie mówimy tutaj tylko i wyłącznie o zastępstwie dla gładzika, ale też o wielu dodatkowych funkcjach ułatwiających współpracę z pecetem.

Aby móc skorzystać z aplikacji, jest konieczna instalacja dedykowanego oprogramowania na komputerze, który od chwili uruchomienia stanie się serwerem usługi. I to właśnie jego będzie szukał nasz smartfon w drugim etapie konfiguracji, a jeśli z jakiegoś powodu go nie wykryje, można spróbować ręcznie wprowadzić adres IP. Po pomyślnie nawiązanym połączeniu nasze mobilne urządzenie stanie się dodatkowym sterownikiem, którego główne funkcje sprowadzają się do możliwości sterowania kursorem myszki czy zastąpienia klawiatury, ale jest też coś więcej.

WifiMouse pozwala na mirroring obrazu z komputera na urządzeniu mobilnym, czyli na smartfonie możemy podejrzeć, co dzieje się na pulpicie laptopa w trybie rzeczywistym (z niewielkim opóźnieniem). Jest też specjalny eksplorator plików pozwalający nie tylko na zdalne otwieranie plików, ale także na ich wysyłkę z urządzenia do komputera, a nawet menedżer zadań wyświetlający uruchomione procesy czy obciążenie CPU/RAM. Nie zabrakło też przycisków do sterowania odtwarzaczem multimediów.

Na koniec najważniejsze. Nietrudno zauważyć, że zestaw funkcji serwowany przez twórców WifiMouse możemy znaleźć w wielu innych aplikacjach. Pytanie tylko, czy są one całkowicie bezpłatne, bo tytułowa aplikacja taka właśnie jest.

Decision Crafting

Ta propozycja jest skierowana do osób stających przed trudnym wyborem, czyli do wszystkich, bo każdy podejmuje decyzje wymagające porównania z sobą wad i zalet. Z tą aplikacją ma być jednak łatwiej, a że wybór smartfonu sprawą łatwą nie jest, sprawdzimy, czy Decision Crafting podpowie nam właściwe rozwiązanie.

Najpierw uzupełniamy nazwy wszystkich rozważanych opcji. Dalej wprowadzamy kryteria oraz poziom ich ważności (np. wielkość ekranu – poziom średni, aparat – bardzo ważny, szybkość procesora – ekstremalnie ważny). Każde kryterium można ocenić w dziewięciostopniowej skali. Następnie przechodzimy do faktycznej oceny wszystkich przydzielonych kryteriów dla każdego wariantu wyboru z osobna. I to, co do tej pory wydawało się trudnym wyborem, już przestaje nim być – program w mgnieniu oka przedstawi właściwą opcję.

Warto też zaznaczyć, że stworzenie kolejnego drzewka decyzyjnego będzie już szybsze, bo kryteria i opcje pozostają zapisane i są dostępne bezpośrednio z głównego okna aplikacji. Można je oczywiście w każdej chwili zresetować, usuwając oceny, albo zduplikować, by wykorzystać wprowadzone kryteria do nowego porównania.

W ustawieniach aplikacji można jedynie przełączyć tryb oceny kryteriów z suwaka na kontrolki plus/minus, ale znacznie istotniejsza jest możliwość wykonania kopii zapasowej wprowadzonych danych w pamięci urządzenia, dzięki czemu możemy swoje wybory i kryteria wykorzystać na innym urządzeniu.

Rabbit – Watch Together

Myśl przewodnia, jaka przyświecała twórcom tytułowej aplikacji, zapewne dotyczyła możliwości współdzielenia ekranu ze znajomymi. I rzeczywiście, dzięki Rabbitowi możemy, wspólnie z rodziną i przyjaciółmi, nie tylko oglądać dowolny materiał wideo, ale też komunikować się z nimi za pomocą wbudowanego czatu.

 

Z uwagi na społecznościowy charakter rozwiązania najpierw trzeba założyć konto lub zalogować się za pomocą tego z Facebooka. Interfejs aplikacji jest bardzo intuicyjny i nie powinien nikomu przeszkadzać brak polskiego języka. Najpierw mamy ekran główny ze streamami innych użytkowników, później kalendarz, wiadomości, alerty i znajomych.

Jako początkujący użytkownik mogę korzystać tylko z dwóch pierwszych opcji, przeglądając kanały innych użytkowników lub zapisując w kalendarzu zaplanowane audycje. Oczywiście sam również mogę udostępnić materiał. Przy udostępnionych kanałach zawsze widnieje informacja o tym, kto go ogląda. Odtwarzanie przebiega płynnie i jest przyzwoitej jakości.

Nie musimy jednak ograniczać się do tego, co jest udostępniane przez użytkowników tu i teraz. Możemy bowiem przejrzeć zaplanowane audycje i zapisać je do obejrzenia, gdy będą już dostępne. Producent zachęca też do udostępniania treści ze swojego konta Netflix.

Jeśli Rabbit będzie właściwie wykorzystywany, może stać się przyczynkiem dla naprawdę popularnej społecznościówki.

Twitter Lite

Strumień lekkich wersji popularnych aplikacji płynie nieprzerwanym nurtem. Teraz do tego grona dołącza Twitter.

Program po instalacji zajmuje w pamięci ok. 8 MB, co w porównaniu z jego dużym bratem, pozwala zaoszczędzić ok. 90 MB. Wersja Lite oferuje wszystkie podstawowe funkcje Twittera, a ograniczenia względem pełnej wersji mogą być wręcz niezauważalne dla części użytkowników, choć nie można powiedzieć, że ich w ogóle nie ma. Tak samo wygląda nawigacja po ekranie głównym, który nadal jest podzielony na cztery części (strona główna, wyszukiwarka, powiadomienia, wiadomości), ale nie można już przerzucać się między nimi gestami – trzeba klikać w ikony.

W powiadomieniach zabrakło też podziału na wzmianki i wszystkie alerty, o filtrach nie wspominając. Sposób interakcji z postami pozostał bez zmian, ale pisząc własne, będziemy musieli sobie radzić bez szybkiego dostępu do aparatu, GIF-ów czy udostępniania lokalizacji.

Lekka wersja ma też zubożony boczny panel funkcyjny, w którym nie da się ustawić ciemnego motywu aplikacji.

Twitter Lite to nic innego niż mobilna wersja serwisu, z której równie dobrze można korzystać z poziomu przeglądarki internetowej bez potrzeby instalacji nawet tych dodatkowych 8 megabajtów, ale tak też jest w wypadku wielu innych alternatywnych wersji, a jednak cieszą się one uznaniem użytkowników. Może i tym razem będzie tak samo.

Fluxy: Time Machine

Fluxy to aplikacja pozwalająca na zarejestrowanie obrazu z ekranu smartfonu. Można więc odnieść wrażenie, że to kolejny program do przechwytywania tego, co dzieje się na pulpicie, ale tak całkiem zwyczajnie nie jest, o czym świadczy już zagadkowa maszyna czasu w tytule aplikacji.

Fluxy rejestruje obraz w tle, ale nie chodzi tutaj o nagrywanie filmu dokładnie prezentującego wszystkie wykonane operacje, a o automatyczne wykonywanie zrzutów ekranów.

Program wykrywa kliknięcia i przechwytuje każdy nowy obraz, a nawet grupuje je według aplikacji, w których zostały wykonane, co z pewnością ułatwi nawigację. Wcześniej trzeba oczywiście udzielić odpowiednich uprawnień (usługi dostępności), bo domyślnie aplikacje nie mają dostępu do tego typu informacji. Później wszystko będzie się odbywać całkowicie automatycznie.

Kiedyś, gdy zechcemy sięgnąć do archiwów screenów, możemy ustawić datę, by sprawdzić, co danego dnia robiliśmy na telefonie i jak wyglądały wtedy aplikacje – na tym właśnie polega ta podróż w czasie zapowiedziana w tytule.

Możemy przechwytywać tylko ekrany po dotknięciu palca albo rejestrować obrazy przez cały czas, ale trzeba się liczyć z szybko kurczącą się wolną ilością przestrzeni wewnętrznej. Warto również skonfigurować jakość zdjęć oraz maksymalną pamięć do wykorzystania lub liczbę zdjęć do wykonania. Po osiągnięciu limitu stare zrzuty będą usuwane.

Data Wing

Data Wing to swoiste połączenie zręcznościówki z grą wyścigową. Grafika jest bardzo prosta i sprowadza się do charakterystycznego trójkącika, którym sterujemy w przestrzeni (chyba) kosmicznej. I zanim na myśl przyjdzie nam pewna kultowa gra, w której grafika sprowadzała się do zwykłych kresek i walki z meteorami, zatrzymajmy się chwilę przy tej całkiem zmyślnej grze.

Sterowanie naszym „pojazdem” jest bardzo proste: gdy przytrzymamy prawą stronę ekranu, zaczniemy łapać kurs w tym kierunku. Podobnie jest z lewą stroną. Jeśli natomiast przytrzymamy obie strony ekranu, włączy się hamulec. Jak widać, nie ma w tym większej filozofii, więc przejdźmy do samej rozgrywki. Najpierw czeka nas proste zadanie polegające na znalezieniu źródła sygnału – prawo, lewo, prawo, lewo i gotowe.

Dalej jest jednak coraz trudniej. Nagle zaczyna się liczyć czas, w którym pokonujemy okrążenia na wirtualnym torze, a jeśli dojdzie do tego wyścig „z duchem” i walka z grawitacją, wyzwanie stanie się znacznie bardziej skomplikowane. Sterowanie zresztą też nie należy do najłatwiejszych, bo rozpędzonym wehikułem trudno zakręcić i nieraz trzeba korzystać ze sztuki driftu.


Data Wing to bardzo wciągający tytuł, który pomimo, a może właśnie dlatego że grafika jest bardzo prosta, przyciąga na kilka dłuższych chwil i nie pozwala łatwo poprzestać na jednym poziomie. Wrodzona ciekawość każe poddawać próbie kolejne przeszkody i wyzwania serwowane przez twórców.

Jacek Wolan

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Powiązane