Android: aplikacje dla zielonego robota, przegląd #2/2018

Jacek WolanAutor:
Google nie próżnuje, od niedawna możemy się zapoznać z kolejnymi aplikacjami przeznaczonymi dla Androida – jedna służy do zarządzania plikami, a druga – transferem danych. Trzecia to z kolei pozwala tworzyć mini komiksy, a czwarta to coś dla fanów selfie. Rywal Google’a, Microsoft, udostępnił za to swoją sztandarową przeglądarkę internetową, którą można zsynchronizować z jej „desktopowym” odpowiednikiem. Przedstawiamy także nowe programy do śledzenia aktywności i finansów, a także do błyskawicznego przesyłania plików między urządzeniami.

Files Go by Google

Google zaprezentował nowy eksplorator plików, który przede wszystkim ma ułatwić zarządzanie „plikowym bałaganem”. Program analizuje wykorzystanie pamięci przez różne pliki i sugeruje usunięcie zbędnych – według zaimplementowanych algorytmów – plików i aplikacji. Właśnie, „aplikacji” – to nowość, której nie spotkamy w konkurencyjnych rozwiązaniach tego typu.

Graficznie program nie odbiega od przyjętych standardów, w przyjemny dla oka sposób prezentując wszystkie istotne dane. Już na pierwszym planie uzyskamy informacje o poziomie wykorzystania pamięci wewnętrznej i zewnętrznej, a poniżej zobaczymy podpowiedzi, dzięki którym uwolnimy smartfon od zbędnych obiektów.

Na pierwszy ogień idą „duplikaty plików”, gdzie zostaną wyświetlone podobne fotografie, ale w moim przypadku te „duplikaty” były faktycznie podobnymi zdjęciami, ale nie identycznymi (np. zdjęcie opakowania telefonu od góry i od dołu zostało uznane za duplikaty), których wcale nie chciałbym się pozbywać, więc z tej opcji należy korzystać wyjątkowo ostrożnie.

Dalej są „nieużywane aplikacje” – po udzieleniu stosowanych uprawnień program będzie monitorował częstotliwość używania zainstalowanych pozycji i wskazywał te najmniej potrzebne (odłóżmy na bok kwestię prywatności, ale i na baterię ta funkcja też na pewno nie będzie miała pozytywnego wpływu). Kolejna pozycja to „pamięć podręczna aplikacji” – tę akurat można „w ciemno” kasować, bo w razie czego dane zostaną uzupełnione przez programy podczas ich używania. Program prezentuje jeszcze pobrane i duże pliki oraz oferuje możliwość ich przeniesienia na kartę pamięci.

Datally

W zeszłym roku Google zaprezentowało aplikację o nazwie Triangle, której dostępność była ograniczona terytorialnie. Teraz program został przemianowany na Datally, wychodząc tym samym z fazy beta testów. Jego zadaniem jest lepsza kontrola nad transferem danych i ograniczenie go przy możliwie jak najmniejszym ubytku jakości.

Po włączeniu programu od razu sprawdzimy, jakie programy pobierają najwięcej danych z sieci w różnych okresach (np. dzisiaj, tego tygodnia lub miesiąca). Niestety, Datally szybko zaczyna nakłaniać użytkownika do uruchomienia usługi Data Saver, która – jak wynika z dolnego paska przypominającego reklamę – jest obecnie w stanie zaoszczędzić ponad 40% transferu. OK, poddaję się, włączam i… od razu Google przypomina o tym, że Data Saver wykorzystuje połączenie VPN, a więc stworzy swoisty tunel danych, podobnie jak np. Opera Max.

Mam się jednak nie martwić, bo internetowy gigant nie będzie analizował tych danych – to pocieszenie zobaczymy przy ekranie potwierdzającym aktywację usługi. Nagle pojawiły się nowe opcje na karcie zarządzania danymi – możemy włączyć lub wyłączyć transfer mobilny dla każdego programu z osobna. A przynajmniej tak powinno być w teorii, bo na moim smartfonie z Dual SIM (być może to jego wina) blokada transferu nie działa i muszę nadal korzystać z systemowych opcji blokady transferu. Miejmy nadzieję, że Google szybko to naprawi.

Storyboard

Ostatnie tygodnie były bardzo pracowite dla programistów Google, którzy jako „Research for Google” zaprezentowali aż dwie fotograficzne aplikacje. Pierwsza z nich, Storyboard, pozwala stworzyć mini-komiks z każdego filmu.

Storyboard jest bardzo minimalistyczną aplikacją, bo od użytkownika wymaga jedynie załadowania materiału wideo. Cała „magia” dzieje się sama. Są i minusy tego rozwiązania, ale o tym za chwilę. Główny ekran aplikacji od razu zdradza jej przeznaczenie – szara siatka poprzecinana pionowymi kreskami przywodzi na myśl komiksową stylistykę. W samym centrum znajdziemy tylko przycisk „LOAD VIDEO”, więc nie pozostaje nic innego, jak załadować film z pamięci urządzenia. Po chwili zobaczymy efekty pracy. Całe mnóstwo efektów, bo jeśli wybrany miks zdjęć nie spełnia naszych wymagań, wystarczy przeciągnąć palcem w dół, by wygenerować nową mozaikę na podstawie załadowanego filmu.

Storyboard generuje zdjęcia czarno-białe, kolorowe, o różnym nasyceniu kresek czy barwnych efektów. Możemy zobaczyć 3, 4, a nawet więcej obrazów na jednym ekranie, jeśli w ten sposób zostanie wygenerowany podgląd. Całość pozostawia bardzo efektowne wrażenie, a odkrywanie różnych kolaży na podstawie tego samego materiału sprawia nie lada frajdę. Oczywiście, końcowy efekt możemy zapisać i udostępnić.

Ale co, jeśli podoba nam się nałożony filtr graficzny, ale fotografia nie została właściwie wykadrowana? Niestety nic – nie ma żadnych możliwości dodatkowej personalizacji. Cóż, „nie ma róży bez kolców” – to przysłowie chyba najlepiej oddaje charakter nowej aplikacji Google.

Selfissimo!

Kolejna aplikacja z grupy „Research for Google” również należy do grupy tych fotograficznych, ale zamiast filmów skupia się na fotografiach, a dokładniej na selfie.


Podobnie, jak w przypadku Storyboard, tak i tutaj minimalizm gra pierwsze skrzypce. Ekran główny aplikacji tym razem prezentuje podgląd obrazu z przedniej kamery. Poza tym, jest tylko przycisk „Start”, którym uruchamiamy serię zdjęć. Teraz pozostaje nam już tylko pozować do selfiaków, a program będzie nas nagradzał komplementami za ładne fotki (tę opcję można wyłączyć w panelu bocznym).

Pomiędzy kolejnymi ujęciami mijają 3-4 sekundy, ale program stara się wykrywać nasz ruch, a gdy się zatrzymamy automatycznie pstryknie fotkę. Sesję kończymy kliknięciem, a efektem końcowym będą ponumerowane zdjęcia ułożone po trzy w każdym wierszu. Można skasować wybrane kadry lub je zapisać, a całość udostępnić w formie siatki wykonanych selfie – program automatycznie wykrywa ich ilość, więc do udostępnienia odda tyle wierszy, ile zostało wykonanych (np. jeden wiersz z trzema fotkami lub trzy z dziewięcioma).

Niestety, zdarzają się błędy, co można tłumaczyć rozwojową fazą aplikacji. Z kolei te rozmazane ujęcia można po prostu usunąć z efektu końcowego. Trudniej jednak wybaczyć problemy wydajnościowe i zacięcia się programu w trakcie pstrykania fotek, choć nie na każdym urządzeniu będą się pojawiać, bo – jak twierdzi Google – zależą od urządzenia. Trudno jednak o nich nie wspomnieć, bo rzutują na ogólny odbiór aplikacji. Czekamy więc na bardziej dopracowane narzędzie, choć i to już teraz może dostarczyć trochę zabawy.

Microsoft Edge

O tym, że Microsoft przerzuca się na Androida, wiemy nie od dziś, ale trzeba przyznać, że robi to w imponującym tempie. Obok stale rozwijanego launchera i szeregu innych aplikacji w portfolio firmy możemy teraz znaleźć kolejny sztandarowy produkt – przeglądarkę Edge.


Już na wstępie warto rozważyć zalogowanie się do usługi swoim kontem Microsoft, bo pozwoli to na płynne przechodzenie między przeglądarką mobilną a desktopową. Są synchronizowane nie tylko zakładki i historia, ale także ustawienia i hasła, więc przejście z jednego urządzenia na drugie nie powinno przysporzyć większych problemów (synchronizacja haseł wymaga dodatkowej weryfikacji za pośrednictwem e-maila, SMS-a lub połączenia telefonicznego).

Microsoft przyzwyczaił nas już do dolnego paska funkcyjnego w swojej przeglądarce w Windows Mobile, nie inaczej jest w Androidzie. W wyeksponowanym miejscu możemy wprowadzić adres strony WWW, wykonać wyszukiwanie głosowe lub skanowanie kodu. Poniżej pojawią się skróty do najczęściej uruchamianych aplikacji, a przy dolnej krawędzi ekranu ulokowano pasek funkcyjny z przyciskami nawigacyjnymi, przełącznikiem kart i funkcją szybkiego przesyłania strony do przeglądarki na innym urządzeniu (super!). Poza tym trudno doświadczyć tu „wodotrysków” – całość przygotowano z należytą starannością, a ładowanie stron jest porównywalne z konkurencyjnymi rozwiązaniami. Jeśli jesteś fanem okienkowej wersji Edge, to ta pozycja powinna trafić na Twój smartfon.

RetroBrowser – Time machine

Pora na wirtualną podróż w czasie. RetroBrowser to przeglądarka, dzięki której możemy szybko dostać się do archiwalnych wersji stron internetowych, a przez archiwalne rozumiemy tu wersje sprzed ponad 10 lat.

Już przy pierwszym uruchomieniu rzuci nam się w oczy strona Google inna niż ta, którą znamy dzisiaj – według datownika w lewym górnym rogu, tak wyglądała najpopularniejsza wyszukiwarka w dniu 27.12.2005. Poniżej ulokowano pasek z przyciskami nawigacyjnymi, zakładkami oraz opcjami odświeżenia i przejścia do strony domowej. Dla wzmocnienia efektu możemy dodatkowo zmienić motyw graficzny na ten stylizowany na Windows 95. I w zasadzie to jedyna opcja konfiguracyjna warta uwagi, bo poza tym mamy już standardowy dostęp do historii i ulubionych. Uzyskany efekt psują jednak nieco reklamy wyświetlane przy dolnej krawędzi ekranu.

Trzeba zwrócić uwagę, że nie wszystkie witryny są przechowywane w tak archiwalnych wersjach, jak właśnie z 2005 roku, ale bez problemu uzyskamy dostęp do największych portali internetowych. Na stronie Wirtualnej Polski przeczytamy na przykład nagłówki wiadomości z grudnia 2005 o tym, że Amerykanie mogą planować atak na Iran. Z kolei w popularnym portalu aukcyjnym ceny SE P910i sięgają 1299 zł, a SE Walkman W900i kosztuje ponad 2 000 zł. Podczas wpisywania adresu strony internetowej można wskazać przybliżoną datę archiwizacji danej strony, a program wyszuka najbliższą wersję dla tego dnia.
Całość wykorzystuje dane zgromadzone w web.archive.org, więc podgląd treści jest uzależniony od dostępnych tam wersji popularnych witryn.

Focus Go

Jeśli szukacie lekkiej alternatywy dla galerii zdjęć, warto rozważyć instalację aplikacji Focus Go. W przeciwieństwie do wielu domyślnych programów tego typu, nie jest przeładowana funkcjami i nie zacina się przy najprostszych operacjach – jest galerią, dzięki której szybko dostaniemy się do ulubionych fotografii.


Galeria została znacznie uproszczona, lecz zachowuje minimum wymaganych opcji. Już dzięki temu uruchamia się błyskawicznie. Co więcej, autor w celu przyspieszenia pracy programu wyłączył 32-bitowe kodowanie fotografii, przez co delikatnie może ucierpieć ich jakość, ale nie powinno to mieć w praktyce większego znaczenia, gdy oglądamy zdjęcia na smartfonie. Zamiast tego zastosowano kodowanie 16-bitowe, ale w każdej chwili można przestawić się na wyższą jakość kosztem wyższego zaangażowania procesora – w wypadku słabszych urządzeń ta opcja nie jest zalecana.

Domyślny widok galerii prezentuje obrazy w formie siatki, której rozmiar można modyfikować (są dostępne trzy tryby: rozszerzony, domyślny i kompaktowy). Podczas przeglądania fotografii będziemy mogli udostępnić, usunąć czy wydrukować dany plik, a także uzyskać szczegółowe informacje o jego specyfikacji czy nawet poddać prostej edycji. Bez problemu nałożymy jeden z dostępnych filtrów, zmienimy jasność czy saturację, przytniemy, obrócimy itp. Niestety, do „pełni szczęścia” brakuje możliwości grupowej wysyłki zdjęć bezpośrednio z widoku galerii – po przytrzymaniu palca nie możemy wybrać konkretnych pozycji do udostępnienia.

Smarter Time – Time Tracker

Smarter Time to monitor naszej aktywności, który nie tylko śledzi czynności wykonywane na telefonie, ale też korzysta z kalendarza i modułu GPS, by dostarczyć naprawdę wielu informacji.

Aplikacja, aby spełniała swoje zadanie, musi – rzecz jasna – uzyskać odpowiednie uprawnienia, więc bez zbędnych ceregieli akceptujemy wszystkie zapytania generowane przez program. Smarter Time pozostaje stale aktywny w tle, o czym będzie nam przypominać również powiadomienie przypięte do paska (można wyłączyć w ustawieniach, ale trzeba uważać na zarządzanie pamięcią w telefonie, żeby proces nie został zabity).

Smarter Time, działając w tle, zdobywa i analizuje szereg różnych informacji. Jest w stanie rozpoznać, kiedy poruszamy się pieszo, a kiedy podróżujemy samochodem. Gdy będziemy przebywać w lokalizacji znanej przez serwis Foursquare, to jego nazwa i adres również trafią na „linię czasu”. To właśnie na niej będziemy mogli sprawdzić też, kiedy i z jakich aplikacji korzystaliśmy, do kogo dzwoniliśmy czy pisaliśmy SMS-y, a i wydarzeń z kalendarza nie zabrakło. Wszystko to służy do sporządzania różnych statystyk, na których możemy sprawdzić, ile czasu poświęcaliśmy na różne aktywności, a na mapie Google zobaczymy zapis śladu naszej podróży (o ile jest włączony GPS).

W ustawieniach można szybko włączyć/wyłączyć monitoring, zdecydować o poziomie szczegółowości dostarczanych informacji, wybrać obsługiwane kalendarze, a także zarządzać powiadomieniami czy ustawieniami prywatności.

Finice – Money Tracker

Pozostańmy jeszcze na chwilę przy aplikacjach monitorach, ale tym razem będziemy śledzić już nie aktywność, a nasze wydatki. „Kolejny program do śledzenia budżetu?” – zanim z rezygnacją zadamy to pytanie, warto zatrzymać się przy tej aplikacji, bo jak żadna inna może pochwalić się prawdziwie intuicyjnym interfejsem przy minimalnym udziale funkcji dodatkowych.


Już na wstępie warto się udać do ustawień i zmienić domyślną walutę z USD na PLN i przestawić symbol waluty za jednostkę (zamiast $20 zobaczymy 20 zł).
Śledzenie wydatków wymaga pewnej samodyscypliny, bo tylko od niej będzie zależeć dokładność i wiarygodność wprowadzonych danych. To na szczęście jest bardzo wygodne, bo musimy wybrać tylko jedną z ikon charakteryzujących grupę wydatków. Mamy więc jedzenie, samochód, podróże, rachunki itp., w których wystarczy wprowadzić kwotę i datę operacji. Można jeszcze dodać notatkę, ale nie łudźmy się, że do niej wrócimy… Poniżej siatki skrótów ulokowano historię operacji z krótkim podsumowaniem. Jest więc do bólu minimalistycznie, ale czy rzeczywiście potrzeba czegoś więcej?

Na minus trzeba jednak zaliczyć reklamę, która będzie nam towarzyszyć zawsze przy dolnej krawędzi ekranu, bo w niebezpiecznie bliskiej odległości znajdziemy przycisk dodawania kolejnych transakcji. Na szczęście rzadko będziemy z niego korzystać dzięki wspomnianej wcześniej siatce skrótów do typów operacji.

 

Mi Drop – File Transfer & Share Tool

Firma Xiaomi zaprezentowała aplikację Mi Drop, którą mogą pobrać wszyscy użytkownicy systemu Android (od wersji 4.4), a nie tylko posiadacze urządzeń tego popularnego producenta elektroniki użytkowej. Podstawowym celem aplikacji jest szybki transfer plików między urządzeniami za pośrednictwem Wi-Fi.

Główny ekran aplikacji składa się z dwóch przycisków – wyślij i odbierz. Wystarczy więc kliknąć w pierwszy przycisk, wskazać dowolny plik we wbudowanej przeglądarce, wyszukać urządzenie w pobliżu i gotowe.

Warto zwrócić uwagę na wbudowaną przeglądarkę plików, która spróbuje je automatycznie pogrupować na obrazy, wideo, muzykę czy aplikacje, a jeśli nie podoła wyzwaniu, jest także menedżer plików.

Z uwagi na brak technicznych możliwości wyszukania urządzeń z Wi-Fi w pobliżu, innych niż hot spoty (tak jak w przypadku Bluetooth), do nawiązania połączenia jest konieczne wykorzystanie lokalizacji urządzenia. Na tej podstawie smartfony „zobaczą się” i będzie możliwość przesłania plików. I faktycznie, jest szybko, nieporównywalnie szybciej niż w wypadku Bluetooth – według producenta 200 razy szybciej. Nie ma też ograniczenia co do rodzaju przesyłanych plików – możemy udostępnić dosłownie wszystko, co zostało zapisane w pamięci urządzenia. I w końcu – jest wygodnie, bo jedyne, co trzeba zrobić, to wskazać pliki do wysyłki i wybrać urządzenie odbiorcy. Xiaomi wykonało kawał dobrej roboty!

Jacek Wolan

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Powiązane