Android: aplikacje dla zielonego robota, przegląd #3/2018

Jacek WolanAutor:
Dzięki aplikacjom z naszego kolejnego zestawienia wygodnie wyszukamy informacje w Sieci, nadamy swoim filmom nowe życie, a także trochę pokolorujemy… Nie zabrakło też aplikacji narzędziowych i takich, dzięki którym będziemy mogli odciąć się od świata zewnętrznego. A gdy bateria już będzie padać, będziemy mogli podzielić się tymi trudnymi chwilami z innymi osobami na chacie. A po naładowaniu telefonu, rano obudzi nas ulubiony klip z YouTube.

Vizmato

Vizmato pozwala tworzyć i nakładać unikatowe filtry graficzne na filmy wideo zapisane w pamięci urządzenia, dzięki czemu nadamy im drugie życie, a lajki i serduszka będą się sypać strumieniami.

Ekran startowy prezentuje wszystkie podstawowe opcje w formie skrótów ułożonych na planie koła. Wyróżnia się opcja nagrywania, dzięki której możemy tworzyć filmy i gify, przy czym tylko w pierwszej opcji możemy wybrać tryb zwolnionego lub przyspieszonego tempa, a nawet skaczący „beats”, pływający „fluidic”, soczewkowy „lens”, czy powiększony. Opcji jest zresztą znacznie więcej, bo możemy nagrywać w trzech okienkach na raz, a także modyfikować paletę kolorów (włączając nawet negatyw) i dodawać różne naklejki. Wszystko z poziomu paska efektów, ale właściwą opcję można wybrać tylko na wstępie, bo później cały materiał zostanie odpowiednio zniekształcony.

W trybie prezentacji należy wskazać przynajmniej 3 zdjęcia, po czym wybieramy motyw graficzny i dźwiękowy (także przy użyciu własnych mediów). Po chwili procesowania zobaczymy końcowy efekt prac, którym oczywiście możemy podzielić się ze znajomymi.
Bardzo rozbudowane są również funkcje edycji wideo, których nauczyć się możemy na przykładowych filmach. Na nich będziemy mogli dodawać dowolne efekty, tekst, przycinać, ustawiać ścieżkę dźwiękową w dowolnym fragmencie edytowanego materiału. Niektóre funkcje są dodatkowo płatne, ale i te podstawowe są bardzo zaawansowane.

Niestety, program zajmuje dość sporo pamięci wewnętrznej, bo aż 145 MB, ale ten rozmiar na pewno wynagrodzi ogrom dostępnych funkcji.

Color by Number

Tytułowa aplikacja należy do grupy rozrywkowych pochłaniaczy czasu, chociaż nie zaznamy tu żadnych rankingów czy innych elementów typowych dla gier. Całość opiera się na wyzwaniu, które głównie ćwiczy naszą cierpliwość i precyzję w… kolorowankach.

Każdy w swoim życiu spotkał się z obrazkami, na których widać głównie kontury danego kształtu, a w ich obrębie widać jedynie cyferki oznaczające konkretne kolory. I w tę sentymentalną podróż zabierają nas twórcy „Color by Number”, z tą różnicą, że teraz kolorować będziemy poszczególne piksele. Biblioteka dostępnych arkuszy jest bardzo szeroka, a w dodatku cały czas pojawiają się nowe kolorowanki, stale wystawiając naszą cierpliwość na próbę.

W dostępnych zasobach znajdziemy bardzo różnorodne pozycje – od portretów, przez zdjęcia natury i krajobrazów, na schematach pojazdów kończąc. Naprawdę jest z czego wybierać. Pierwsza z brzegu „mordka” nie jest zbyt wymagająca, bo składa się z 8 kolorów i dużych obszarów jednolitych pod względem stosowanego pędzla. Powiększamy więc schemat (podobnie jak powiększamy stronę internetową), by zobaczyć podgląd kwadracików z dedykowanymi numerkami. Teraz, z dolnej belki, wybieramy kolor pasujący do danej cyferki i rozpoczynamy kolorowanie, klikając w poszczególne kratki. Nie ma możliwości przejechania palcem po danych kratkach, bo wtedy przesuwamy cały obraz, więc czeka nas trochę klikania.

Cały fenomen aplikacji może być początkowo niezrozumiały, bo mozolne wypełnianie wszystkich kratek zajmuje dość sporo czasu – w zależności od rozmiaru i szczegółowości schematu. Ale jak już zaczniemy, to naprawdę trudno się oderwać – ciekawość końcowego efektu jest najważniejsza.

SpotOn YouTube

W ubiegłym miesiącu mieliśmy okazję sprawdzić możliwości budzika, który o zadanej godzinie mógł odtworzyć dowolny utwór ze Spotify. Twórcy tego programu opublikowali teraz jego brata bliźniaka, który tym razem korzysta z zasobów YouTube, a dzięki temu nie wymaga konta premium do poprawnego działania.

Graficznie program wygląda jak typowy budzik z kilkoma dodatkami. Przede wszystkim „okładka” konkretnego alarmu uzależniona jest od grafiki na klipie z YouTube. Reszta nas nie zaskoczy – standardowo określamy godzinę i dni, w których ma być odtwarzany utwór, a dodatkowo możemy włączyć narastający dźwięk, a nawet tryb losowy w przypadku playlist. A właśnie, wskazać można nie tylko konkretny klip, ale też ich całą listę, dzięki czemu każdego dnia budzić nas będzie inny, losowy utwór ze skonfigurowanej playlisty.

Ekran budzika ładuje się bez problemu o wskazanej godzinie, automatycznie uruchamiając odtwarzanie danego materiału z YouTube w niewielkim oknie (to wymóg YouTube, zgodnie z którym nie ma możliwości odtworzenia samego dźwięku w tle). Z tego miejsca możemy uśpić budzik na kilka minut (do konfiguracji w ustawieniach na ile konkretnie) lub całkowicie go odrzucić, czyli jak w zwykłym budziku. Sam klip może być odtwarzany od 15 do 60 sekund (również do konfiguracji wewnątrz ustawień).

Przeszkadzają natomiast wszędobylskie reklamy, które zobaczymy nie tylko wewnątrz samej apki, ale także na ekranie budzika. Można się ich pozbyć za 8,69zł lub 12,99zł – wysokość dotacji jest dobrowolna.

Wrappup A.I. Note Taker

Choć przeznaczenie tytułowej aplikacji skierowane jest głównie na rejestrację spotkań, to skorzystać z niej mogą dosłownie wszyscy. Program nie tylko bowiem nagrywa dźwięk otoczenia, jak zwykły dyktafon, ale także potrafi automatycznie przetwarzać mowę na tekst, dzięki czemu w każdym momencie możemy uzyskać transkrypcję fragmentów nagrania.

Program jest bardzo intuicyjny w obsłudze, bo wystarczy kliknąć w pomarańczową ikonę z mikrofonem, by rozpocząć kolejne nagranie. W międzyczasie możemy dodatkowo „podkreślać” dowolny fragment, by uwydatnić jego ważność w całej transkrypcji i mieć później do niego dostęp właśnie w formie tekstowej. Na koniec możemy wskazać liczbę rozmówców biorących udział w spotkaniu, a program postara się automatycznie „pofragmentować” cały zapis, stosując myślniki.

Bezpośrednio w aplikacji niestety nie można podejrzeć całej transkrypcji, a jedynie podkreślonych fragmentów, które mogą zajmować maksymalnie 15 sekund. Z menu aplikacji można jednak wysłać pełną transkrypcję na adres e-mail, która trafi do nas w formie załącznika (o ile zalogujemy się do aplikacji). Przyznam, że ciężko mi zrozumieć to posunięcie, bo wymusza konieczność stosowania odrębnych programów, a zdecydowanie wygodniejszy byłby podgląd tekstów w pełnej formie (a nie tylko zaznaczonych fragmentów) bezpośrednio w aplikacji, a co za tym idzie – byłby dostęp do pełnego wyszukiwania.

Nagrania możemy odsłuchiwać nie tylko w samej aplikacji na telefonie, ale również przez dedykowaną stronę internetową, logując się za pośrednictwem konta Google lub Office 365. Niestety, tutaj także pełna transkrypcja dostępna jest tylko na e-mail.

THRIVE

Cały czas jesteśmy online, a wielu z nas nie może sobie wyobrazić choćby chwili bez smartfona. To pole do popisu dla twórców aplikacji służących się do odcięcia od tego „uzależnienia”. Jedni blokują nas przed dostępem do smartfona, zachęcając do sadzenia wirtualnych drzew (Forest: stay focused), a inni blokują świat zewnętrzny przed dostępem do nas, jak właśnie twórcy aplikacji THRIVE.

Program wymusza dostęp do wielu uprawnień, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę fakt, że może blokować połączenia i wiadomości, wysyłając jednocześnie skonfigurowany wcześniej komunikat. Przy okazji, ów komunikat może być tylko częściowo ustawiony i nie powinien zawierać polskich znaków, czyli w praktyce możemy dopisać tylko zdanie powitalne, ale pozostała część, czyli „I won’t be receiving any texts, calls or notifications until [time]” pozostaje niezmienna – tylko czas uzależniony jest od skonfigurowanego zakresu „wyłączenia”.

Program może tez blokować powiadomienia z aplikacji na smartfonie – po osiągnięciu limitu notyfikacji, kolejne będziemy mogli przeglądać dopiero po północy. A jak aktywować ten tryb? Wszystko co musimy zrobić, to uruchomić THRIVE i ustawić przedział czasowy niedostępności (max 24h).

Aplikacja oferuje zatem bardziej zaawansowany tryb „nie przeszkadzać”, który umożliwia również automatyczne interakcje i pozwala na pewne wyjątki (np. lista kontaktów VIP, których nie dotyczy ograniczenie), a dodatkowo może powtarzać się zgodnie z ustalonym harmonogramem. Gdyby tylko szablon wiadomości dało się w pełni skonfigurować…

Wandle

Pozostańmy jeszcze przez chwilę w koncepcji odłączenia się od świata. Wandle również jest aplikacją typu „nie przeszkadzać”, ale oferuje szereg automatycznych funkcji, które wystarczy skonfigurować raz, by nie rozpraszać się powiadomieniami w najmniej oczekiwanych sytuacjach.

Na wstępie należy włączyć i skonfigurować przynajmniej jedną z pięciu dostępnych procedur wyciszających powiadomienia. Możemy więc wskazać miejsca na mapie, w których Wandle zostanie automatycznie aktywowany. Opcjonalnie możemy również wskazać zakres godzin, w trakcie których nie chcemy być rozpraszani. Inna procedura uzależniona jest od prędkości poruszania się i podłączonych urządzeń Bluetooth, dzięki czemu program automatycznie rozpozna, że jedziemy samochodem i wyciszy notyfikacje.

Ciekawym rozwiązaniem jest również automatyczne rozpoznawanie, czy śpimy na podstawie wskazań z czujników urządzenia. Ostatnie dwa scenariusze uzależnione są od wydarzeń w kalendarzu czy zaplanowanego harmonogramu. Niezależnie od wybranej procedury, zawsze można określić białą listę kontaktów i aplikacji, które nie będą zatrzymywane przez filtry Wandle. Jest też coś, czego zabrakło w THRIVE – pełna personalizacja treści autorespondera SMS.
Na miejscu, w trasie, podczas snu, w trakcie spotkania – pomyślano chyba o wszystkich typowych sytuacjach, w których powiadomienia mogą nie być mile widziane.

Najważniejsze, że nie musimy pamiętać o przełączeniu się do trybu „nie przeszkadzać”, bo po pierwszej konfiguracji system działa w pełni automatycznie.

Feedster

Feedster to kolejna próba unifikacji informacji z różnych portali i usług webowych. W jednym miejscu możemy bowiem śledzić zarówno posty z popularnych społecznościówek, jak i subskrypcje z Feedly czy YouTube.

Feedster obsługuje aktualizacje z takich źródeł jak Facebook, Twitter, Instagram, Reddit, YouTube, vKontakte, czy nawet Feedly. Po autoryzacji wybranych usług, nasza „tablica” wypełni się wiadomościami. Wszystkie będą wyglądać podobnie, a źródło wpisu zawsze dostępne będzie w tytułowej linijce. Poniżej zobaczymy treść danej pozycji, a na samym jej dole przyciski typowe dla danej usługi – lajki, dislajki, serduszka, komentarze – wszystko, co potrzebne do interakcji z konkretnym wpisem.

Całość prezentuje się naprawdę dobrze, a interfejs jest bardzo intuicyjny w obsłudze. Jest tylko jedno „ale”, które w moim odczuciu jest znacznym ograniczeniem funkcjonalnym. Otóż nie ma możliwości podejrzenia wszystkich wiadomości z danego kanału, ani tym bardziej postów udostępnionych przez konkretne osoby. Jesteśmy więc poniekąd skazani na to, co wyświetla aplikacja, i już nawet przestaje mnie dziwić widok naprawdę historycznych wpisów z Facebooka, przeplatany z nowościami Feedly. Nie ma nigdzie opcji personalizacji zakresu czasowego wyświetlanych treści, ale można wyłączyć ich miksowanie czy widok tych już przeczytanych. Nie zabrakło przy tym możliwości personalizacji samego interfejsu pod kątem kolorystyki czy rozmiaru czcionki.

Feedster to zatem ciekawy agregator aktualizacji z różnych źródeł, ale wymaga jeszcze dopracowania, zwłaszcza w zakresie kolejności i zakresu wyświetlanych treści, czy możliwości głębszego podglądu.

Crumblyy

Crumbly daje dostęp do bardzo szerokiej biblioteki „lifehacków”. Być może część z nich już znacie, ale na pewno spotkacie tu nowe pomysły na to, jak sprawić, by życie stało się łatwiejsze, wygodniejsze. Warunkiem skorzystania z dobrodziejstw tej biblioteki jest dobra znajomość języka angielskiego, bo wszystkie zebrane tu pomysły zostały spisane w tym właśnie języku.

Wszystkie lifehacki pogrupowane zostały w kategorie. Mamy więc triki technologiczne, porady żywieniowe i zdrowotne, a nawet rodzicielskie. Można też przeglądać te ostatnio dodane i popularne, a także oznaczone jako ulubione. W profilu „wkrótce” ma pojawić się funkcja tworzenia i udostępniania własnych hacków, ale na ten moment logowanie do konta Google niesie ze sobą tylko możliwość synchronizacji ulubionych. Każdą poradę można zalajkować i udostępnić, a także skopiować do schowka, a kolejne pozycje przerzucamy gestami.

Interfejs ze społecznościowymi elementami jest dobrze wykonany, a jak wygląda jakość samych lifehacków? Można znaleźć bardzo dużo ciekawostek, ale trzeba też liczyć się z dość trywialnymi poradami. Dowiemy się na przykład, że bilety lotnicze warto wyszukiwać w trybie incognito, bo ceny na stronach mogą rosnąć w przypadku wielokrotnych odwiedzin. Albo, że lepiej jest włączyć tryb samolotowy niż wyłączać i włączać telefon, jeśli chcemy z niego skorzystać później, bo bateria mniej przy tym ucierpi.

Są też hacki, które zwyczajnie nie działają albo są reklamami stron internetowych – cóż, trzeba je szybko przewinąć.

Cake Web Browser

„Cake Web Browser to lepszy sposób na wyszukiwanie z sieci” – wita nas na wstępie komunikat, który ma zachęcić na przerzucenie się do tej nowej przeglądarki internetowej. Czy rzeczywiście tak jest? Sprawdźmy.

W pierwszej kolejności należy wybrać domyślną wyszukiwarkę – do dyspozycji mamy Google i Bing. Nie będę tu więc oryginalny, wybierając pierwszą opcję. Tuż po tym dowiadujemy się, że program potrafi wyświetlać wyniki już podczas wprowadzania wyszukiwanej frazy, a możliwość przeskakiwania między wynikami przy pomocy gestów ma dodatkowo poprawić nasz komfort pracy, wykluczając przyciski wstecz/dalej w podstawowej nawigacji. W każdym momencie możemy też powrócić do podstawowej listy wyników – również przy pomocy gestów.

Producent zastosował ciekawe podejście do prezentowania wyszukiwanych treści, bo po wprowadzeniu wyszukiwanej frazy od razu załaduje treść pierwszych wyników w osobnych kartach, pomiędzy którymi faktycznie możemy przeskakiwać gestami. I tak, dochodząc nawet do 10 wyniku, automatycznie załadowanych zostanie kilka kolejnych wyników na osobnych kartach, a podstawowa lista wyszukiwania będzie zawsze na pierwszej stronie. Program domyślnie blokuje również reklamy na witrynach, ale w każdym momencie można wyłączyć tę opcję dla każdej strony z osobna. Z kolei przy pomocy dolnego paska funkcyjnego nie tylko szybko wykonamy nowe wyszukiwanie i dodamy konkretne strony do zakładek, ale możemy też udostępnić link i przejść do listy wszystkich aktywnych wyszukiwań – to, że w jednym oknie mamy dostęp do kart związanych z konkretną frazą, nie ogranicza nas do przeprowadzania kolejnego wyszukiwania w odrębnym zestawie stron.

Ciekawy pomysł, a wykonanie jeszcze lepsze.

Die With Me

Drugiej takiej aplikacji jak „Die With Me” nie znajdziecie… Oczywiście, wbrew pozorom, nie chodzi o grupowe samobójstwo, a o zbliżającą się wielkimi krokami śmierć naszej baterii w smartfonie. Te trudne chwile możemy spędzić z innymi osobami w podobnej sytuacji i podzielić się kilkoma ostatnimi słowami. Na szczęście, na pożegnanie trochę czasu mamy, bo zalogować się możemy tylko, gdy mamy poniżej 5% baterii.

Trudno tu szczególnie rozpisywać się o samej aplikacji, bo to najprostszy w swej postaci chat bez jakichkolwiek opcji, ale wyróżnia go fakt, że przy każdej wiadomości dodaje poziom naładowania baterii. Aplikacja drobiazgowo przestrzega nałożonego limitu i nawet jeśli mamy 5% baterii, to nie zdołamy skorzystać z jej „dobrodziejstw”, bo musi być „mniej niż 5%”, czyli w skali od 1 do 4%. Później będziemy mogli się przedstawić, podając swój nick, i oddać się w wir pożegnań.

Pomysł nietuzinkowy – to na pewno trzeba oddać, ale wykonanie… cóż, trudno znaleźć jakieś pozytywne cechy. Chat nie jest w żaden sposób filtrowany regionalnie, więc trzeba liczyć się z zalewem chińskich znaczków, pomiędzy którymi przebijają się te angielskie, ale jest im na pewno trudniej… Można za to zgłosić nadużycie i raportować wiadomości, ale nie łudźmy się, że w tej – jakże krótkiej – najbliższej przyszłości, będziemy mieli na wpływ na historię korespondencji. Chat żyje więc swoim życiem, a zawarcia bliższych znajomości też raczej trudno się tutaj spodziewać.

Na koniec trzeba dodać, że program kosztuje ok. 4zł, ale czy ta kwota znajduje jakieś uzasadnienie? Odpowiedź pozostawiam Wam, drodzy Czytelnicy.

Jacek Wolan

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Powiązane