Dlaczego zawiodłem się na Android TV

Do niedawna odmiana zielonego robota przeznaczona na odbiorniki TV jawiła mi się jako funkcjonalny i dopracowany produkt, stanowiący świetne uzupełnienie tego samego systemu, jaki znajdziemy na naszych smartfonach. Mówiąc bez ogródek, Android TV okazał się moim największym rozczarowaniem.

Zacznijmy jednak od początku. Wszystko było dobrze, dopóki moja wiedza o tym systemie opierała się tylko i wyłącznie na filmach znalezionych na YouTube i znikomej liczbie mało pochlebnych recenzji, choć to i tak nie zmniejszyło mojego zapału. Nadarzająca się okazja, związana ze zmianą domowego TV, uświadomiła mi się, że obecne ceny telewizorów przestały przyprawiać mnie o ból głowy, a zaczęły kusić swoją atrakcyjnością. Poza tym zawsze byłem entuzjastą i zwolennikiem rozwiązań „wszystko w jednym”, a funkcje, jakich się spodziewałem po Android TV, napawały mnie optymizmem. Do tego, korzystając z zielonego robota na co dzień, wiedziałem, że mój wybór padnie właśnie na takie rozwiązanie. Zdecydowałem się na 55-calowy model Philipsa, choć to nie powinno mieć znaczenia, bo do samego urządzenia nie mam poważniejszych zastrzeżeń, a wręcz jestem zadowolony z jakości obrazu i innych aspektów użytkowych. Rozczarował mnie sam system, bez względu na to, jaki widniałby napis na obudowie.

Lowendowa specyfikacja

Na wstępie zaznaczę, że jeśli ktoś liczy na te same programy i gry, jakie ma na swoim smartfonie, to mocno się rozczaruje. W Android TV sklep Google został znacząco ograniczony, co przekłada się na brak ponad 70% pozycji, jakie bez problemu znajdziemy w mobilnej wersji sklepu. Taki stan rzeczy można tłumaczyć ograniczeniami sprzętowymi, co po części da się zrozumieć, w końcu specyfikacja techniczna stosowana w telewizorach czy przystawkach jest mocno przeciętna i nijak się ma do smartfonów ze średniej półki cenowej. Obecnie w prawie każdym telewizorze z Android TV dominuje szeroko stosowana konfiguracja, opierająca się na dość leciwym czterordzeniowym procesorze MediaTek MT5890 (2 x Cortex A7 & 2 x Cortex A17) wspomaganym przez 1,5 do 2 GB pamięci operacyjnej RAM (w zależności od modelu i producenta). Za przetwarzanie grafika odpowiada układ GPU z 2014 roku – Mali T624, co powinno mówić samo za siebie. Dopełnienie całości stanowi powolna wbudowana pamięć na dane w zastraszającej ilości 16 GB (dla nas pozostaje niespełna 10 GB). Powyższa specyfikacja wiele tłumaczy, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że mówimy o telewizorach z 2017 roku.

 

Chaotyczny launcher

Android TV pod względem wizualnym nie wyróżnia się niczym szczególnym. Pierwsze, co rzuca się w oczy po konfiguracji wstępnej (podobnej do tej, jaką musimy przejść przy pierwszym uruchomieniu smartfonu) to mało przemyślany launcher główny, pozbawiony jakichkolwiek ustawień, czy możliwości personalizacji, składający się z czterech zakładek ustawionych jedna nad drugą, zwieńczony panelem ustawień przedstawionych w formie charakterystycznych ikon. Na pierwszy plan wysuwają się sugestie Google, w tym wyolbrzymione propozycje z YouTube, zupełnie niezwiązane z moimi zainteresowaniami czy choćby z historią wyświetlanego materiału (pomimo powiązania konta Google). Dużo lepiej w tej kwestii prezentują się zwiastuny filmów bądź utworów muzycznych, które faktycznie bazują na liście moich upodobań.

Kolejny stały element na liście launchera to sugestie producenta. W tym przypadku Philps zasypuje mnie ciągle tymi samymi propozycjami mało praktycznych aplikacji.

Dwie ostatnie pozycje to aplikacje i gry ukazujące kompletny chaos w preinstalowanych programach bez względu na to, w jakiej kolejności są instalowane.
Dodajmy do tego brak menadżera zadań i możliwości przełączania się pomiędzy działającymi w tle programami, a otrzymamy niedopracowany obraz całości, powodujący nadmierną nerwowość użytkownika.

Sklep, w których nie chcesz robić zakupów

Trudno nie odnieść wrażenia, że sklep Google Play w wersji Android TV kieruje się podobnymi jak launcher i kompletnie nielogicznymi zasadami tak, aby jeszcze bardziej uprzykrzyć nam życie i uniemożliwić znalezienie czegokolwiek. Jeśli nie wpiszemy pełnej nazwy poszukiwanej aplikacji, system uzna, że ona nie istnieje, radośnie informując nas o braku pasujących pozycji.

Podobnych błędów i niedociągnięć jest jeszcze kilka, zaliczyć do nich trzeba bzdurne oznaczenia i nazwy wybranych aplikacji (dla przykładu popularny preinstalowany program DropBox ma arabski podpis, bez względu na to, jaki język został ustawiony jako domyślny).
Poza tym nader często system potrafi uraczyć nas klasycznym komunikatem “Niestety, aplikacja …. została zatrzymana“. Tym samym skutecznie psując jedyny plus wynikający z możliwości pogrania w mało wymagające gry (oczywiście po uprzednim podpięciu/połączeniu wybranego pada).

Nie myśl o graniu

Wizja wspaniałej rozgrywki przy wykorzystaniu samego TV przyciąga jak magnes i potrafi omamić na tyle, że jesteśmy gotowi stawiać to rozwiązanie na równi z klasycznymi konsolami do gier. Oczywiście rzeczywistość szybko ostudzi wszelkie zapały, gdy przy pierwszym uruchomieniu wymarzonej gry obejrzymy jeden wielki pokaz klatek.

A gdzie HBO?

Jednak czarę goryczy potrafi przelać istna błahostka, do której trzeba zaliczyć brak wsparcia dla platformy HBO GO. Pominę mało zrozumiałą politykę HBO, która całkowicie ignoruje Android TV i niewielkie starania zainteresowanych producentów nad zmianą tego stanu rzeczy. Ktoś zaraz powie, ale przecież można zainstalować surowy plik APK, owszem można, ale mobilna wersja aplikacji HBO GO (z aktualnymi zmianami) działa tylko w orientacji pionowej i wymaga do obsługi myszki, a te dwa elementy kompletnie dyskwalifikują ją z użytku. Idąc tym tropem, dzięki wyciąganiu z naszego smartfonu wybranych i standardowo niedostępnych aplikacji i gier (w formacie APK), za pomocą klasycznego eksploratora plików możemy na upartego zainstalować w naszym TV praktycznie wszystko. Niestety, narażeni jesteśmy na te same błędy i znikomą funkcjonalność jak w przypadku HBO GO.

W zasadzie jedyną zaletą Android TV jest otwartość platformy, zainstalować możemy wiele, nie ograniczając się do odgórnych ustaleń producentów (oczywiście potrzebujemy do tego podstawowej wiedzy i robimy to na własną odpowiedzialność), pytanie tylko ile z tego będzie działać na tyle dobrze, aby uznać to za użyteczne.

Konkurencja bardziej dopracowana

Podsumowując, na pewno nie zdecydowałbym się drugi raz na zakup telewizora z Android TV. Dużo lepszym i relatywnie tańszym rozwiązaniem byłby odbiornik wyposażony w klasyczne rozwiązanie o nazwie Smart TV. Zarówno Samsung ze swoim oprogramowaniem Tizen, jak i LG z WebOS na pokładzie będą o wiele bardziej praktyczne niż niedopracowany i mało funkcjonalny Android TV. Tam przynajmniej działa wszystko, bez drobnych, aczkolwiek irytujących wyjątków, nawet jeśli obejdzie się to kosztem mało komfortowego grania.

Michał Zawada

There are 1 comments

Leave a comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Michał Zawada

Michał Zawada

Pasjonat wszelkich mobilnych technologii, pamiętający czasy Siemensa S10 i Nokii 7650. Sentymentalista i realista w jednym patrzący z utęsknieniem na minioną erę rysików. Prawie 10 lat związany z branżą prasy drukowanej, a od 7 lat nierozłącznie z magazynem "Mobility".

Powiązane

Wyraźne nagrania w nocy

Opublikowane przez - 13 stycznia 2021 0
Największy w Europie producent wideorejestratorów, marka Mio wprowadziła na polski rynek najnowszy model kamer samochodowych, Mio MiVue 866. Jest to…