Przed elektromobilnością nie uciekniemy

eMobility większości kojarzy się z samochodami z napędem elektrycznym. To tak zwana półprawda, gdyż to także bijące w tym rekordy popularności elektryczne hulajnogi, skutery, rowery i deskorolki. Wszystkie te środki transportu błyskawicznie zyskują na popularności.

Samochód z napędem elektrycznym zazwyczaj kojarzy się z Teslą. Błąd, bo owszem – Elon Musk i jego marka pozostają prekursorem elektromobilności na drogach, ale coraz więcej marek zaczyna mu deptać po piętach. Renault i Nissan w tym segmencie pozycję mają już ugruntowaną, do tego doszły Audi, Mercedes, Jaguar, Hyundai czy Kia. Nie mówiąc już o całej rzeszy chińskich marek w Europie praktycznie nieznanych (może poza BYD, której to autobusy elektryczne testowo jeździły po Warszawie).

W Polsce samochody z napędem elektrycznym są jednak ciągle nieczęsto spotykane. Po pierwsze odstrasza cena. Pojazdy EV są sporo droższe, niż te z tradycyjnym napędem. Jednorazowy wydatek na nowy samochód to minimum 100 tys. zł. I nie pomaga argumentacja, że niższe ceny prądu niż benzyny po jakimś czasie inwestycje zamortyzują.

Stacja doładowująca sieci GreenWay

Do tego dochodzi słaba infrastruktura. Pół biedy, jeśli jeździ się elektrykiem po mieście, najlepiej dużym. GreenWay dwoi się i troi, liczba ładowarek tej firmy przekroczyła 100. Zazwyczaj są dostępne w dużych galeriach handlowych. Pokazową stację benzynową z możliwością doładowania e-samochodu w Warszawie uruchomił Lotos. Ale co, jeśli zechcemy pojechać elektrykiem w trasę? Tu się pojawia problem. Trzeba ją dokładnie zaplanować i w razie potrzeby zjeżdżać z niej do pobliskich miast celem podładowania auta. Na ratunek ma przyjść Orlen, który planuje uruchomić 150 punktów ładowania na swoich stacjach wzdłuż najpopularniejszych tras w naszym kraju. Tylko to wszystko to na razie są plany.

Państwo pomoże?

Pomoc może przyjść z zupełnie niespodziewanej strony. W połowie lutego światło dzienne ujrzał zupełnie nie nagłaśniany projekt rozporządzenia Ministerstwa Energii. Zgodnie z nim Fundusz Niskoemisyjnego Transportu miałby dopłacać do zakupu nowych samochodów z napędem elektrycznym do 30% ich wartości. Jednak maksymalna dopłata nie może przekroczyć 36 tys. zł. Przy takich dopłatach cena samochodu z napędem elektrycznym byłaby porównywalna z autami z najwyższej półki napędzanymi tradycyjnymi paliwami. Fundusz Niskoemisyjnego Transportu zasilany jest kwotą 80 zł za każde tysiąc litrów paliwa sprzedanego w Polsce. Zgodnie z założeniami przychody z tego tytułu mają być przeznaczone na popularyzację samochodów m.in. z napędem EV.

Sama konstrukcja dopłat ma wyglądać tak, że nabywca u dealera kupowałby samochód pomniejszony o stosowną kwotę, a dopiero potem FNT wypłacałby różnicę sprzedawcy. W projekcie rozporządzenia mowa jest o przedsiębiorcach zajmujących się sprzedażą lub najmem aut na prąd. Ale nie ma wątpliwości, że będzie rozszerzony na użytkowników indywidualnych.

Ministerstwo Energii oprócz dopłat do samochodów zajęło się także infrastrukturą. Projekt rozporządzenia przewiduje dopłatę do 50% wartości budowy jednej stacji doładowań pojazdów. Projekt przewiduje także „wsparcie budowy lub rozbudowy infrastruktury dla dystrybucji lub sprzedaży sprężonego gazu ziemnego (CNG) lub skroplonego gazu ziemnego (LNG) i wodoru”.

Wypożycz sobie elektryka

To, co do tej pory funkcjonowało tyko we Wrocławiu, czyli wypożyczalnia samochodów elektrycznych na minuty (Vozilla) trafiło do Warszawy. Dostawca energii innogy uruchomił z początkiem kwietnia usługę pod nazwą innogy GO!. Zachęt do korzystania z niej jest wiele. Nie tylko ekologiczne samochody, których docelowo ma być 500 i które w stolicy mogą poruszać się po buspasach (nie trzeba także płacić za parkowanie w płatnej strefie). To przede wszystkim cena. Wypożyczenie BMW i3 kosztuje 1,19 zł za minutę, a i3S 1,49 zł. Nie ma dodatkowej opłaty za przejechane kilometry. Dostępne są pakiety dobowe za 239 i 299 zł, a pierwsze 15 minut jazdy po rejestracji kosztuje 1 grosz. Innogy uruchomiło także 40 ładowarek i 30 tzw. super chargerów. Niektóre są dedykowane tylko tej usłudze, część ładowarek pozostanie jak dotąd ogólnodostępna. Energia do napędzania pojazdów ma pochodzić ze źródeł odnawialnych.

Jakie są zatem szanse na błyskawiczny rozwój rynku samochodów elektrycznych w Polsce? – Rok do roku rynek samochodów elektrycznych zwiększa się, natomiast w dalszym ciągu jest to rynek raczkujący. Pomimo corocznych wzrostów liczonych w dziesiątkach procent wartości bezwzględne rejestracji samochodów elektrycznych w dalszym ciągu są niewielkie – uważa Michał Dziwulski z Hyundai Polska. Jego zdaniem wszelkiego rodzaju rządowe zachęty będą pozytywnie wpływały na sprzedaż samochodów elektrycznych, ale na to potrzeba trochę czasu.

Szaleństwo hulaj, ale czy nogą

Każdy, kto przeszedł się w Warszawie Traktem Królewskim, szczególnie w ciepły dzień, widział to szaleństwo. Hulajnogi elektryczne są wszędzie. Na chodnikach, na jezdni, przejeżdżają przez pasy (albo i nie) w poprzek. Eksplozja popularności tej oferty tak zachęciła operatorów, że jest ich w stolicy już trzech. Do Lime i Bird niedawno dołączyło hive (wystartowało także we Wrocławiu). Zasada działania jest podobna, jak w przypadku elektrycznych samochodów na minuty. Trzeba zainstalować aplikację podpiąć kartę, albo doładować konto i wyszukać pojazd najbliżej nas. Opłata za wypożyczenie elektrycznej hulajnogi w Lime wynosi 2 zł, a minuta korzystania to 50 groszy. Konto Lime można doładować za 50, 100 lub 250 zł. Cena wypożyczenia e-hulajnogi hive wynosi 2,50 zł, a każda minuta jazdy to 45 groszy. Z kolei w Bird natomiast oferuje użytkownikom opłata startowa to 3 zł, a minuta jazdy 50 groszy.

Z e-hulajnogami jest jednak pewien problem. Nie mają stacji bazowych, więc zdarza się, że co bardziej lekkomyślni użytkownicy porzucają je gdzie popadnie. Często na środku chodnika, co stwarza zagrożenie osobom niewidomym. W efekcie Ratusz „aresztował” 83 pojazdy Lime, które stały, albo leżały na chodnikach. Łukasz Gontarek, Citi Manager hive w Warszawie deklaruje, że pracownicy jego firmy będą codziennie zbierać pojazdy i w nocy je doładowywać we własnym zakresie.

Przy takim natężeniu ruchu e-hulajnóg wypadek był tylko kwestią czasu. I tak się stało. Prowadzący pojazd potrącił kobietę na chodniku. Monitoring co prawda pokazał, że wina była po stronie osoby potrąconej, która z nosem w telefonie weszła pod koła. Jednak trzeba było szybko reagować. Na razie dopuszczono poruszanie się e-hulajnogami na ścieżkach rowerowych.

W ogóle przypadek hive jest ciekawy, bo pokazuje nowy, ale coraz popularniejszy trend. Właścicielem hive jest Daimler, podobnie jak marki myTaxi. Docelowo obie usługi mają być połączone w jedną o nazwie Free Now, a za pomocą jednej aplikacji będzie można zarówno wypożyczyć e-hulajnogę, jak i zamówić taksówkę.

Pomysł jednak idzie znacznie dalej. Warszawski Ratusz pracuje nad możliwością stworzenia aplikacji, dzięki której będzie można zarówno wypożyczyć samochód w ramach car sharingu, skuter, rower, e-hulajnogę, jak i kupić bilet na komunikację zbiorową. Taka aplikacja nawet już powstała, choć została stworzona przez prywatną firmę. Nosi nazwę Vooom i jest już dostępna.

e-skuterem na drzewo

Taką popularnością, jaką w tym roku cieszą się e-hujanogi, w zeszłym cieszyły się elektryczne skutery na minuty. Zresztą ciągle są popularne. Ich użytkownicy chwalą usługę, bo jest ekologiczna, niedroga, nie wymaga posiadania prawa jazdy. W dodatku w tak zakorkowanym mieście, jakim jest Warszawa, skuterem łatwiej się przepchnąć. Śmiało można powiedzieć, że choć elektryczne hulajnogi są bardzo popularne, to dla skuterów konkurencją nie są. To w dużym stopniu inne grupy docelowe. e-skutery cały czas mają rzesze swoich zwolenników.

W stolicy można pożyczyć elektryczny skuter z dwóch firm – Jeden Ślad i blinkee.city. – Tak polski, jak i zagraniczny rynek wciąż jest chłonny jeśli chodzi o elektromobilność. Powszechne dążenie do ochrony środowiska to jeden z motorów tego trendu, bo pojazdy elektryczne nie emitują spalin ani nadmiernego hałasu. Jednoślady to także remedium na wszechobecne korki, które są zmorą większych miast. Mieszkańcy często znajdują w skuterach szansę na rozwiązanie tego problemu. blinkee.city wciąż będzie się w kraju rozwijać, w tym roku do grona miast, w których będą jeździć nasze skutery dołączą Bydgoszcz i Kielce. Oczywiście są też miasta, do których z różnych powodów raczej nie uda nam się powrócić w tym sezonie, ale ostatecznie tendencja wciąż jest wzrostowa. W naszych planach poza skuterami i rowerami są także hulajnogi elektryczne, a w przyszłości może również samochody. Równolegle rozwijamy się zagranicą, czego przykładem jest m.in. nasze zeszłoroczne wejście do Skandynawii. Jednocześnie jest to dowodem na fakt, że Polacy wierzą w elektromobilność, bo fundusze na to przedsięwzięcie pozyskaliśmy od polskich inwestorów za pomocą crowdfundingu udziałowego – mówi Marcin Maliszewski, prezes blinkee.city.

Zwraca jednak uwagę, że dewastacje zdarzają się, czasem są nawet dość spektakularne. – Tak jak ostatnia sytuacja w Warszawie, gdzie nasz skuter musieliśmy… ściągać z drzewa. Bywa ciężko, bo przywrócenie zniszczonego pojazdu do sprawności zabiera czasem kilka tygodni. Staramy sobie z tym radzić, np. zmieniając mapy zasięgu naszych maszyn, tak by omijać newralgiczne rejony – mówi Marcin Maliszewski. Dodaje jednak, że na ogół użytkownicy wykazują się dużą odpowiedzialnością – parkują skutery przepisowo, używają kasków.

Od elektromobilności nie uciekniemy. Czy to na chodniku, czy na drodze, będziemy coraz częściej spotykać pojazdy z napędem elektrycznym. Pytanie kiedy naprawdę stanie się dla Polaków codziennością, a nie modą, albo chwilową okazją.

zdjęcie otwarcia – skuter blinkee.city na drzewie. Zdjęcie krąży po internecie jako mem, ale to konkretne otrzymaliśmy z biura prasowego firmy

Jesteśmy na początku drogi

Rozmawiamy z Dorotą Pajączkowską, PR Manager Nissana w Polsce

Jak oceniasz perspektywy rozwoju rynku samochodów z elektrycznym napędem w Polsce? Szczególnie w kontekście pomysłu dopłat przez rząd.

Projekt rozporządzenia Ministra Energii dotyczący m.in. planowanego wprowadzenia dopłat do zakupu samochodów elektrycznych jest z naszego punktu widzenia zdecydowanie dobrym krokiem. Nissan wspiera bowiem każdą inicjatywę, która może przyczynić się do rozwoju elektromobilności w Polsce, a tym samym do wzrostu sprzedaży samochodów bezemisyjnych. Projekt zakłada znaczące dopłaty, zakładamy więc, że pojazdy elektryczne staną się bardziej przystępne niż obecnie. Tym samym wzrośnie ich popularność. Liczymy, że dzięki wprowadzeniu rozporządzenia nastąpi znaczący wzrost sprzedaży samochodów elektrycznych – zarówno osobowego modelu LEAF, jak i dostawczego e-NV200. Dodatkowo, zgodnie z zapisami ustawy o elektromobilności, organy centralne i samorządowe są zobowiązane, by do końca br. w swoich flotach posiadały minimum 10 procent pojazdów elektrycznych, i z każdym kolejnym rokiem ten udział ma się zwiększać, co również przełoży się na zwiększony popyt na auta bezemisyjne w naszym kraju.

Czy wysoka cena i brak infrastruktury doładowań może zablokować ten trend, czy mamy szanse być “drugą Norwegią”?

Mamy świadomość, że infrastruktura ładowania nie jest obecnie wystarczająca, natomiast sytuacja uległa w ostatnim czasie sporej poprawie i wciąż obserwujemy dużą dynamikę w kwestii rozbudowy sieci punktów ładowania. Zresztą coraz więcej firm angażuje się w promowanie elektromobilności i rozwój transportu nisko- i zeroemisyjnego, a także właśnie w budowę infrastruktury do zasilania pojazdów wyposażonych w napędy alternatywne.

Nie możemy jednak – przynajmniej na razie – porównywać się z Norwegią, gdzie działania upowszechniające elektromobilność rozpoczęto już blisko 30 lat temu. My jesteśmy na początku tej drogi, ale patrzymy w przyszłość z dużym optymizmem.

A jak Nissanowi idzie sprzedaż e-aut?

Nissan LEAF jest pierwszym samochodem elektrycznym, którego łączna sprzedaż na świecie przekroczyła 400 tys. egzemplarzy. Nowy Nissan LEAF w zeszłym roku był najlepiej sprzedającym się samochodem w Norwegii (spośród wszystkich samochodów, bez względu na zastosowany w nich napęd) z wynikiem ponad 12 tys. szt. oraz najpopularniejszym samochodem elektrycznym w Europie ze sprzedażą ponad 40 tys. szt. (dokładnie 40 699). W Polsce, która wciąż jest na początku swojej elektromobilnej drogi, w 2018 roku nabywców znalazło 296 aut elektrycznych, w tym 269 szt. modelu LEAF i 27 szt. modelu e-NV200.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Powiązane