Zmiany w zarządzie Play – co się naprawdę stało?

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Oficjalnie mówi się o wymianie pokoleniowej dokonanej przez nowego prezesa, ale tak naprawdę sprawa może mieć drugie dno.

W miniony piątek przez pewien znany biurowiec przy ul. Taśmowej 7 w warszawskim Mordorze przeszło spore tsunami. Nowy prezes Jean-Marc Harion, który został powołany po niespodziewanej rezygnacji Joergena-Bang Jensena odwołał niemal cały skład zarządu.

Oficjalny komunikat mówi, że Hans Cronberg i Bartosz Dobrzyński, członkowie zarządu pełniący funkcje odpowiednio dyrektora ds. technicznych oraz dyrektora ds. marketingu, zakończą pracę dla Play w dniu 31 grudnia 2018 r., natomiast ze swoich stanowisk z Zarządzie ustąpią 31 października 2018 r. Ponadto, Jacek Niewęgłowski ustąpi z Zarządu oraz ze stanowiska dyrektora ds. strategii z dniem 31 stycznia 2019 r. pozostając jednak do dyspozycji firmy w charakterze doradcy.

Od razu podano nazwiska ich następców. Michał Sobolewski, Michał Ziółkowski i Wojciech Danieluk 1 listopada wejdą w skład zarządu telekomu. Wszystkich wymienionych łączy jedno – nie są z zewnątrz, a pracowali dotąd w różnych strukturach Play. Nazwisko następcy Jacka Niewęgłowskiego jeszcze nie jest znane.

Na pierwszy rzut oka wydaje się to być wymianą pokoleniową. Jeszcze dobrze do wszystkich nie dotarło co się dzieje, a już Jean-Marc Harion zaczął zbierać gratulacje za taką, a nie inną decyzję. On sam nazwał Play „kuźnią talentów”. Dopiero jak ochłonęły emocje zaczęto sią zastanawiać nad tym, co tak naprawdę się stało.

Syndrom sytego grubego kota? Jeśli ktokolwiek był na prezentacji Bartosza Dobrzyńskiego, który w jakiś sposób stał się twarzą Play przy okazji prezentacji nowości wie, że nie było po nim widać wypalenia zawodowego. Przeciwnie, miał ciągle nowe pomysły, jest młody,  a już z ogromnym doświadczeniem. Jednym słowem menadżer na lata. Po co się go pozbywać?

Jednak jakiś powód seryjnego odwoływania sprawdzonych członków zarządu musiał być. Trzeba się cofnąć do lata 2017 roku i debiutu Play na giełdzie. Największa emisja akcji prywatnej spółki, jeszcze kierowanej przez Joergena-Bang Jensena.

Na rynku publicznym papiery Play rozchwytywane jak świeże bułeczki. Ale była też emisja menedżerska dla sześciu członków zarządu o łącznej wartości 400 mln zł. Debiut za 36 zł za walor. Tego dnia na akcjach Play nie dało się zarobić, ale później i owszem (najwyższy kurs to 39 zł).

I to by było na tyle. Obecnie akcje Play kosztują ok. 20 zł za sztukę, a bym moment, że ich wartość spadła poniżej tego poziomu (16,12 zł). Tymczasem menedżerowie Play otrzymali pakiety warte miliony złotych. Za taką kwotę „ustawia się” na przyszłość siebie, dzieci i zapewne wnuki.

Być może komuś to się nie spodobało, że wszyscy członkowie, którzy dostali takie wartościowe pakiet akcji sporo zarobili, ale o kurs akcji już nie dbali. Choć podkreślam, że to tylko domniemania, a nie oskarżenia. W takiej sytuacji wcześniejsza rezygnacja Joergena-Bang Jensena nabiera innego wymiaru.

Jest jeszcze inny problem. Play do tej pory tylko zyskiwał użytkowników wskakując z czwartej pozycji na pierwszą pod względem liczby kart SIM. Jednak stara prawda mówić, że łatwiej pozycję lidera zdobyć, niż ją dłużej utrzymać. I raport UKE o przenoszeniu numerów za II kwartał tego roku to pokazał. Co prawda najbardziej stratny był Orange, ale zaraz po nim był Play – obaj operatorzy z ujemnym bilansem. W przeciwieństwie do konkurencyjnych Plusa i T-Mobile, które zyskały. Coś się w tej dobrze naoliwionej maszynie pod nazwą Play zaczęło psuć.

Jakie były prawdziwe powody rewolucji w zarządzie Play wie Jean-Marc Harion i sami zainteresowani. Na pewno wykonali kawał dobrej roboty dla operatora i tych zasług nikt im nie odbierze. Także na pewno bez problemu znajdą nową pracę. Tylko pozostaje  pytanie, czy panowie naprawdę padli ofiarą „wymiany pokoleniowej”.

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Powiązane